Duchowe pielgrzymowanie PPAG 2026
Duchowe pielgrzymowanie PPAG 2026
Franciszek z Asyżu, syn zamożnego kupca, pewnego dnia stanął na rynku miasta, zdjął z siebie bogate ubranie, które dostał od ojca, i oddał mu je z powrotem, mówiąc, że od tej pory ojcem nazywać będzie już tylko Boga. Zostawił majątek nie dlatego, że nienawidził dostatku, ale dlatego, że zrozumiał – nie da się jednocześnie wszystkiego posiadać i być naprawdę wolnym.
Biskup Asyżu, widząc nagiego młodzieńca na miejskim rynku, zdjął własny płaszcz i okrył go nim, zanim Franciszek odszedł w stronę lasu, żeby zacząć zupełnie nowe życie w ubóstwie.
Święty Paweł, pisząc do Filipian, mówi o rzeczach, które kiedyś uważał za swoje największe osiągnięcia – urodzenie, wykształcenie religijne, gorliwość, nienaganność – i nazywa je stratą wobec wartości poznania Chrystusa. Więcej: wszystko uznaje za śmieci, byle zyskać Chrystusa (por. Flp 3, 7–14).
Wielu z Was, pakując plecak na tę pielgrzymkę, zabrało więcej, niż faktycznie potrzebuje. To dobra metafora reszty życia – rzadko zauważamy nadmiar, dopóki nie musimy go nieść na własnych plecach przez dziewięć dni. Uczniowie, którzy zostawili wszystko dla Jezusa, usłyszeli od Niego obietnicę: kto zostawił dom czy pole dla Niego, stokroć więcej otrzyma, choć pośród prześladowań (por. Mk 10, 29).
Hasło tej pielgrzymki brzmi: „Wzrastaj!” – nie: gromadź. Drzewo nie rośnie, dokładając sobie liści bez końca. Zrzuca je jesienią, żeby na wiosnę mogły wyrosnąć nowe, mocniejsze. Czasem trzeba coś zrzucić, żeby w ogóle było miejsce na wzrost. Specjalista buduje swoją wartość na tym, co ma – dyplomach, doświadczeniu, dorobku, pozycji. Uczeń buduje swoją wartość na relacji, która nie zależy od tego, ile posiada. To dlatego bogaty młodzieniec odszedł smutny – nie umiał sobie wyobrazić wartości, która nie mierzy się posiadaniem.
Franciszek nigdy nie żałował tej decyzji. Kiedy zakon, który założył, zaczął się rozrastać, on sam do końca życia bronił zasady, by bracia nie posiadali niczego na własność – nie dlatego, że pieniądze są złe same w sobie, ale dlatego, że widział, jak łatwo posiadanie zamienia się w przywiązanie, a przywiązanie w zniewolenie.
Uczeń Jezusa nie gromadzi – uczy się zostawiać. Dotyczy to rzeczy materialnych, ale przede wszystkim tego, co nosimy w środku: opinii innych o nas, potrzeby kontrolowania wszystkiego, przekonania, że musimy mieć rację. Im więcej z tego niesiemy, tym mniej mamy miejsca na cokolwiek innego.
Elizeusz, zanim poszedł za Eliaszem, spalił swoje narzędzia rolnicze i wyprawił ludziom pożegnalną ucztę (por. 1 Krl 19, 19–21). Nie zostawił sobie furtki powrotu do starego życia. To radykalny obraz, ale pokazuje, że czasem trzeba spalić most, żeby naprawdę pójść dalej.
Abraham i Izaak idą razem na górę Moria przez trzy dni (por. Rdz 22, 4) – to nie jest decyzja podjęta w chwilowym uniesieniu, tylko zgoda powtarzana krok po kroku, przez trzy dni marszu, w których Abraham mógł się jeszcze rozmyślić. Kiedy syn pyta go w drodze, gdzie jest baranek na ofiarę, Abraham odpowiada: Bóg upatrzy sobie baranka (por. Rdz 22, 7–8) – nie kłamie, że nic się nie stanie, ale też nie traci nadziei, mimo że nie zna dalszego ciągu. W ostatniej chwili anioł powstrzymuje jego rękę, a nieopodal ukazuje się baran zaplątany w zaroślach (por. Rdz 22, 11–13) – przygotowany wcześniej, zanim jeszcze Abraham zaczął się wspinać na górę. Gotowość do oddania nie kończy się więc pustką, tylko odkryciem, że Bóg już wcześniej zatroszczył się o to, czego miało zabraknąć. Miejsce to Abraham nazywa potem Jahwe-jire – Pan widzi (por. Rdz 22, 14) – i to jest chyba najważniejszy szczegół całej historii: zapamiętane zostaje nie to, co człowiek był gotów stracić, tylko to, że Bóg widział dalej. Abraham schodzi z tej góry z synem u boku, ale jest już innym ojcem niż ten, który na nią wchodził – nie dlatego, że coś stracił, tylko dlatego, że przestał się bać, iż mógłby stracić. Ta sama zasada rządzi rzeczami dużo bardziej przyziemnymi niż ofiara z Księgi Rodzaju. Rodzic, który boi się, że dorosłe dziecko wyprowadzi się z domu, założy rodzinę albo wybierze inną drogę życiową niż ta wymarzona, często nieświadomie zaczyna trzymać je mocniej – kontrolować, doradzać bez pytania, robić z bliskości formę zależności. Paradoks jest taki, że to właśnie ta kurczowa potrzeba zatrzymania kogoś przy sobie najszybciej niszczy relację, którą rodzic chce ocalić. To samo dzieje się z pracą, którą ktoś traktuje jak jedyne źródło swojej wartości – i budzi się co rano z lękiem, że jedna zła decyzja szefa odbierze mu sens istnienia. Albo z małżeństwem, w którym jedna osoba tak bardzo boi się utraty drugiej, że zamiast miłości zaczyna uprawiać nadzór. We wszystkich tych sytuacjach nie chodzi o to, żeby faktycznie stracić dziecko, pracę czy współmałżonka. Chodzi o to samo pytanie, co na górze Moria: czy potrafię to trzymać otwartą dłonią, ufając, że to, co naprawdę ważne, nie zależy od mojej kurczowej kontroli, tylko od Boga, który widzi dalej niż ja.
Jezus rozpoczyna Kazanie na Górze od słów: błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie (por. Mt 5, 3). Ubóstwo w duchu nie oznacza braku dóbr, tylko brak przywiązania do nich – gotowość, by je oddać, gdyby Bóg o to poprosił.
Wdowa, którą Jezus zauważa przy skarbcu świątyni, wrzuca tam dwa drobne pieniążki – wszystko, co miała na życie. Jezus mówi uczniom, że dała więcej niż wszyscy bogacze razem wzięci, bo oni dali z tego, co im zbywało, a ona dała z tego, czego jej brakowało (por. Łk 21, 1–4). Miara daru nie leży w jego wielkości, tylko w tym, ile z siebie ktoś w niego włożył.
Pomyślcie o jednej rzeczy, której trzymacie się zbyt mocno. Może to opinia, którą chcecie za wszelką cenę obronić. Może kontrola nad tym, jak wygląda ta pielgrzymka. Zapytajcie: czy jestem gotów to dziś zostawić na drodze? Kiedy wieczorem będziecie pakować plecak na jutro, spróbujcie znaleźć w nim jedną rzecz, bez której naprawdę moglibyście się obejść.