Duchowe pielgrzymowanie PPAG 2026
Duchowe pielgrzymowanie PPAG 2026
Kiedy rano wstajemy, gdy jeszcze jest ciemno, z każdym dniem wnosimy we wspólną drogę coraz więcej zmęczenia. Potrzebujemy usiąść na krawężniku i napić się zimnej wody. Temat naszej dzisiejszej konferencji brzmi mocno, może nawet prowokująco w kontekście pielgrzymki, gdzie przecież uczy się nas ofiary: „Aby dawać, nie możesz być popiołem”.
Najpierw zadajmy sobie pytanie – kiedy ogień staje się popiołem? Zatrzymajmy się na chwilę przy tym obrazie. Czym jest popiół? Popiół to coś, co kiedyś płonęło. To ślad po ogniu, który stracił dostęp do tlenu i paliwa. Być może na tę pielgrzymkę ruszyliście właśnie jako taki popiół. Może w Waszym życiu zawodowym, małżeńskim, rodzinnym czy studenckim dawaliście z siebie tak dużo, tak bezgranicznie, że w końcu zabrakło „paliwa”. W psychologii nazywamy to syndromem wypalenia, ale w życiu duchowym to po prostu stan, w którym zaczynamy dawać innym tylko swoje zmęczenie, zniecierpliwienie i frustrację. Myślimy: „Muszę cierpieć, muszę się zajechać, muszę zapomnieć o sobie, wtedy będę święty”. Jednak to w Piśmie Świętym czytamy: „martwe drzewo nie daje owocu”. Jeśli spalisz się do końca, nikogo już nie ogrzejesz. Popiół nie ma w sobie ciepła. Co najwyżej może kogoś pobrudzić albo – co gorsza – zasypać i zdusić tę resztkę iskry, która tli się w drugim człowieku. Dawanie z „resztek”, z totalnego wycieńczenia, to iluzja pomocy. Aby odnaleźć prawdziwy żar, musisz najpierw przestać sypać popiołem.
Uczeń nie daje z pustki. Nie można dzielić się tym, czego się nie ma – ani duchowo, ani zwyczajnie, po ludzku. Popatrzmy na naszą drogę. Kiedy idziemy zmęczeni, jak łatwo się zirytować, gdy ktoś obok idzie nierównym krokiem? Kiedy jesteśmy głodni, jak łatwo tracimy cierpliwość do brata, który pyta po raz setny: „daleko jeszcze?” Kiedy jesteśmy przeciążeni, automatycznie zamykamy się na innych. Dlatego dojrzały uczeń Chrystusa dba o rzeczy proste. O sen, o odpoczynek, o jedzenie, o zdrowy rytm dnia i o relacje. Bardzo chciałabym, abyście po tej konferencji zabrali ze sobą przekonanie, że: troska o swoje ciało i psychikę to nie jest egoizm! To nie jest słabość, słaba wola czy brak ducha ofiary. To jest odpowiedzialność za naczynie, w którym niesiesz Boga. Pozwolę sobie na takie porównanie: miłość i wiara mają niesamowitą właściwość – rosną, gdy się nimi dzielisz. Ale one potrzebują przestrzeni, by w tobie oddychać. Jeśli zatrzymasz miłość tylko dla siebie, ona umrze, zepsuje się jak woda w stojącej kałuży. Jednak, jeśli zaniedbasz siebie, miłość nie będzie miała siły, by rozlać się dalej.
W Ewangelii św. Mateusza słyszymy przypowieść o pannach roztropnych i nieroztropnych (Mt 25, 1–13). Często czytamy ją w kluczu moralizatorskim: te drugie były głupie, bo nie pomyślały. Spójrzmy na ten fragment trochę z innej perspektywy. Nieroztropne panny orientują się, że ich lampy gasną. Mówią do roztropnych: „Dajcie nam trochę waszej oliwy”. I co odpowiadają te mądre, pobożne? Czy dzielą się miłosiernie? Nie. Mówią: „Nie, gdyż mogłoby nie starczyć nam i wam. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie”. Z perspektywy dobroci ta odmowa brzmi niemal bezdusznie. Jak to? Nie podzieliły się? Gdzie tu miłość bliźniego? A jednak Jezus nazywa je roztropnymi. Dlaczego? Ponieważ one wiedziały, że są granice, których przekroczyć nie wolno, bo inaczej ucierpi na tym cel – spotkanie z Oblubieńcem. Gdyby oddały swoją oliwę, w ciemności pogrążyłyby się wszystkie lampy. Panny roztropne uczą nas asertywności w miłości. Troska o własne zasoby – o swoją „oliwę” w lampie – to przygotowanie serca do bycia darem dla innych w sposób mądry i trwały.
Największą radością człowieka jest dawanie. Jesteśmy tak stworzeni na obraz Boga, że najpełniej realizujemy się w darze z siebie. I piękna jest tajemnica, że potrafimy dawać nawet z niedostatku – matka, która nie śpi w nocy, by tulić chore dziecko, pielgrzym, który oddaje ostatni łyk wody koledze z grupy. Jednak to dawanie nie może dziać się kosztem własnego integralnego rozpadu. Bóg nie żąda od nas samozniszczenia. Uczeń wie, że Bóg nie daje się prześcignąć w hojności. Oznacza to również, że musimy pozwolić Bogu, by On nas napełniał. A jak On to robi? Bardzo konkretnie. Przyjmujemy Boga nie tylko na kolanach podczas adoracji. Przyjmujemy Go także przez odpoczynek, na który sobie pozwalamy bez wyrzutów sumienia, ludzi, którzy chcą nam pomóc (i naszą zgodę na to, by tę pomoc przyjąć!), zwykłą codzienność, smaczny posiłek, chwilę ciszy.
Zadaj sobie proszę pytanie, czy na pielgrzymce i w życiu jesteś tym, który tylko „nosi plecaki innych?” Czy pozwalasz, aby ktoś zabrał Twój plecak, dał Ci łyk wody lub zadbał o Ciebie w inny sposób? Czy potrafisz przyjmować dary Boże, które przez ręce brata i siostry przychodzą bardzo konkretnie w codzienności?
Bracia i Siostry, spójrzcie na swoje zmęczone nogi. Posłuchajcie swojego ciała. Ono nie jest wrogiem duszy, jest jej domem. Jeśli czujesz dzisiaj, że bliżej ci do popiołu niż do żywego ognia – zatrzymaj się w tym pędzie po świętość. Na najbliższym postoju nie bój się położyć na trawie i zamknąć oczu. Zjedz porządny posiłek. Poproś o wsparcie, jeśli ból staje się nie do zniesienia. Pamiętaj: idziemy do Matki, a żadna dobra matka nie chce widzieć swoich dzieci umęczonych ponad siły, zgorzkniałych i wypalonych. Aby dawać, musimy płonąć. A żeby płonąć, potrzebujemy paliwa: Bożej łaski, ale też ludzkiego, mądrego zadbania o siebie.
Niech ta droga uczy nas mądrości Panien Roztropnych. Dbajmy o oliwę w naszych lampach, byśmy do Częstochowy nie przynieśli worka szarego popiołu, ale żywy, jasny, piękny ogień wiary i miłości.