Dzień VIII – Św. Teresa Benedykta od Krzyża (Edyta Stein)

Nikt lepiej nie „zilustruje” uczynków miłosiernych, których dzisiaj na szlaku pielgrzymim uczymy się pełnić, i nikt nie rzuca tak świeżego spojrzenia na Kościół – wspólnotę zbawionych jak patronka dnia dzisiejszego!

Edyta Stein przychodzi na świat 12 października 1891 r. We Wrocławiu w żydowskiej rodzinie, jako ostatnia z jedenaściorga dzieci. Kiedy ma dwa lata, umiera jej ojciec. Matka, Augusta Courant, żywy wzór biblijnej „dzielnej niewiasty”, głęboko religijna, bierze na siebie wielki ciężar wychowania rodziny, dając dzieciom obok chleba materialnego również, a może przede wszystkim, ten duchowy, aby ukształtować w nich prawe i odpowiedzialne sumienie. Nie uchroni to Edyty przed kryzysem wiary w wieku dojrzewania, gdy doświadczy ona wewnętrznego zagubienia i niepokoju. Jako nastoletnia dziewczyna „w wyniku własnej decyzji odzwyczaiła się od modlitwy”. Straciła wiarę kultywowaną w rodzinie przez matkę i jedną  z sióstr. Pozostałe rodzeństwo już wcześniej odeszło od praktyk religijnych, teraz Edyta oświadczyła, że jest ateistką. Nie był to jednak ateizm pewien swego, lecz zagubienie i młodzieńczy sprzeciw wobec sztywnych przepisów. Zdecydowała się przerwać naukę. Matka pozostawiła jej swobodę wyboru, ale musiała pomagać licznemu starszemu rodzeństwu. Po roku postanowiła wrócić do gimnazjum.

            Przeżywała ogromny konflikt. Świat ją oszukiwał: była niezwykle zdolna, a jednak gdy rozdawano nagrody, Edytę pominięto. Nie pytała, dlaczego. Była Żydówką – słowo to zaczynało brzmieć jak wyrok. Wrażliwa czternastolatka bardzo to przeżyła. Do końca życia zapamiętała jednak ciepłe słowa dyrektora, który w czasie pomaturalnego komersu rzucił: „Uderz w kamień, a wytrysną skarby!”. To była jawna aluzja do jej nazwiska. Stein to po niemiecku kamień.

            Zdała na wrocławski uniwersytet. Studiowała germanistykę, historię i psychologię. – Jestem ateistką i feministką – odpowiadała twardo, ale jej głowę nieustannie bombardowały setki pytań: Gdzie znajdę prawdę? W zatopionym w modlitwach świecie matki? W ironii rodzeństwa? Zaufała psychologii, a później filozofii. Stały się jej prawdziwą pasją.

            W czasie studiów przeżyła potworną depresję. „Słońce zdawało się gasnąć, nawet w pełnym, jasnym dniu – wspominała. – Straciłam zupełnie zaufanie do ludzi; chodziłam jakby zmiażdżona strasznym ciężarem, nie umiałam niczym się cieszyć”. Kiedyś wraz z siostrą o mały włos nie zatruły się przypadkowo gazem. Gdy otworzyła oczy, wyszeptała: „Jaka szkoda! Dlaczego w tej głębokiej ciszy nie pozostawiono nas na zawsze?”.

            Uciekła z Wrocławia. Po trosze dlatego, że dusiła się w tym mieście. Zasadniczy powód był jednak inny: przygotowując referat z psychologii, natknęła się na wydawnictwa Edmunda Husserla, ojca fenomenologii. Połknęła je z wypiekami na twarzy. Czuła, że odpowiadają na wiele jej pytań. Młoda, zdolna studentka spakowała się i ruszyła do Getyngi. Na studia germanistyczne i filozoficzne. Do samego Husserla!

            Zaczęła studia u mistrza. Czuła się ogromnie szczęśliwa, radość trwała jednak krótko. Wybuchła wojna. – Wygasło moje życie osobiste; jeżeli przeżyję wojnę, podejmę je jako dar – pisała młodziutka studentka filozofii. Na własną prośbę trafiła do szpitala zakaźnego w morawskich Hranicach. Od świtu do nocy krzątała się przy rannych. Była nieprzytomna ze zmęczenia.

            Już w czasie wojennej zawieruchy Edyta rzuciła się w wir pracy uniwersyteckiej. Pracowała nad doktoratem: siedziała w książkach dzień i noc. – Gdy wołano mnie na obiad, wracałam jakby z innego świata i szłam wyczerpana, ale radosna – wspominała. Obroniła doktorat we Fryburgu, gdzie Husserl otrzymał katedrę, a w 1916 roku została nawet jego asystentką.

            Wciąż uważała się za ateistkę. Jej deklaracje brzmiały już jednak mniej pewnie niż przed laty. Pan Bóg dawał jej coraz mocniejsze znaki swojej obecności. Zdarzyło się kiedyś w katedrze we Frankfurcie zobaczyła kobietę, która z koszem na zakupy weszła do środka, aby się pomodlić. Dla Edyty było to czymś niesłychanym. Do znanych jej synagog i kościołów protestanckich szło się wyłącznie na nabożeństwo. Tutaj jednak ktoś przychodził do pustego kościoła, jakby chciał przeprowadzić poufałą rozmowę. W Getyndze poznała młodego docenta Adolfa Reinacha. Zafascynowała ją jego dobroć i delikatność. Prawdziwym trzęsieniem ziemi była wiadomość: młody filozof zginął na froncie. Edyta odwiedziła jego żonę. Spodziewała się, że po przekroczeniu progu zastanie histerię czy przygnębienie. Ujrzała pełną pokoju, pogodzoną z życiem wdowę, która zdradziła sekret swego zachowania: kilka miesięcy temu przyjęliśmy chrzest w Kościele protestanckim. – Było to moje pierwsze spotkanie z krzyżem i Bożą mocą, jakiej udziela On tym, którzy go niosą – notowała zdumiona panna Stein. – Ujrzałam pierwszy raz w życiu Kościół w jego zwycięstwie nad ościeniem śmierci. W tym momencie załamała się moja niewiara i ukazał się Chrystus w tajemnicy krzyża.

Łaska nie wdarła się w jej życie z dnia na dzień. Delikatnie drążyła skałę. Edyta dostrzegła, że religia odpowiada na pytania, wobec których filozofia pozostaje bezradna. Gdy w 1921 roku wpadł jej w ręce opasły tom „Życia świętej Teresy z Avila”, przeczytała go z wypiekami na twarzy. – Byłam tak pochłonięta, że nie przerwałam czytania, póki nie doszłam do końca. Kiedy zamknęłam książkę, musiałam sama sobie wyznać: To jest prawda! Odkrywa w niej osobiście Tego, którego na próżno szukała gdzie indziej. Czuje, że tylko On może zaspokoić jej pragnienie prawdy. Bez wahania następnego ranka udaje się do kościoła katolickiego, aby uczestniczyć we mszy. Po skończonej celebracji podchodzi do kapłana i po długiej rozmowie postanawia zacząć przygotowanie do chrztu, który nastąpi 1 stycznia 1922 r. Matka nie zaakceptowała wyboru córki, która powiedziała jej o tym na klęczkach. Twarda Żydówka, której nie złamały dotąd zawirowania życiowe, rozpłakała się.

            Wraz z sakramentem chrztu Edyta Stein otrzymuje także powołanie do całkowitego oddania się Bogu. Różne motywy skłaniają jej kierownika duchowego, Rafaela Walzera, opata z Beuron, by radzić jej zaczekać. To oczekiwanie trwa aż dwanaście lat, w czasie których Edyta czuje, że coraz bardziej staje się „obca dla świata”.

            W 1933 roku zapukała do kolońskiego Karmelu. Miała mizerne szanse zostania mniszką: była 42-letnią Żydówką, bez posagu. Dla Boga nie było to jednak przeszkodą. Edyta zamieszkała za kratami. Przyjęła imię Teresa Benedykta od Krzyża. W dniu jej profesji wieczystej zmarł Husserl. Dwa lata wcześniej, w święto Podwyższenia Krzyża Świętego, gdy odnawiała swoje śluby, zmarła matka. Dla młodej karmelitanki była to wyraźna odpowiedź z nieba. Długo modliła się o ich zbawienie. W Karmelu kontynuowała swoją pracę naukową. Była zachwycona głębią katolickiej liturgii, która w tym okresie była odnawiana. W centrum jej życia była modlitwa, dlatego napisała:

„Modlitwą Kościoła jest każda prawdziwa modlitwa. Każda czegoś w Kościele dokonuje. Można powiedzieć, że to sam Kościół się modli, gdyż modli się w nim żyjący w nim Duch Święty. Mistyczna rzeka płynąca poprzez setki lat nie jest jakąś zabłąkaną odnogą życia modlitwy w Kościele, ale jest jego najbardziej wewnętrznym życiem i przenika inne formy modlitwy, bo w mistyce żyje właśnie Duch Święty, który tchnie kędy chce. On sam też jest twórcą ciągle nowych form. Bez Niego nie byłoby liturgii ani Kościoła… To mistyka właśnie stworzyła ową wielogłosową, wzbierającą nieustannie pieśń ku czci Trójjedynego Boga”.

Pracę naukową przerywała szyciem, sprzątaniem, doglądaniem schorowanych sióstr. Była szczęśliwa i starała się opowiedzieć o tym rodzinie. Słowa były jednak bezradne wobec tego, co czuła. Czy niewierząca rodzina mogła zrozumieć słowa: „Wzorem Matki Najświętszej całkowicie siebie przekreślić, a zatopić się w życiu i cierpieniu Chrystusa”?

            W Niemczech wrzało. Zamykano żydowskie sklepy, wyrzucano Żydów z publicznych stanowisk. Po pogromie nocy kryształowej życie Edyty było zagrożone. Przeniesiono ją do holenderskiego Karmelu w Echt. Zza krat obserwowała wybuch wojny. Gdy pod klasztor podjechał gestapowski samochód, nie opierała się. Mogła uciec, odrzuciła jednak takie rozwiązanie. Wychodząc, powiedziała do swojej przerażonej siostry Róży, która również po chrzcie trafiła do Karmelu: „Chodź, idziemy cierpieć za nasz lud”. To były ostatnie słowa, które słyszały mniszki. Już wcześniej wspominała im, że chce być ubogą Esterą, która wstawia się u Boga za ludem, chcąc ocalić go z zagłady. Na karteczce, którą zostawiła, wzruszone mniszki przeczytały: „Wiedzę Krzyża można posiąść jedynie wtedy, gdy czuje się ciężar krzyża w całym jego ogromie”. Czuła jego ciężar w obozie w Amersfoort i Westerbork, i w czasie koszmarnej podróży do Oświęcimia. Czuła, gdy 9 sierpnia 65 lat temu zaryglowano drzwi komory gazowej.

            Edyta przyjęła śmierć i była to ofiara całopalna złożona w ogniu miłości, połączona z odkupieńczą ofiarą Chrystusa. „Biła z niej – zeznaje dominikanin, ojciec Bromberg – wielka siła nadprzyrodzona”. Była to siła Chrystusa obecnego w męczennikach. Kobieta dzielna i pełna światła, św. Teresa Benedykta od Krzyża jest gwiazdą, która wciąż jaśnieje nad Kościołem i nad udręczoną wędrówką ludu żydowskiego oraz wszystkich ludzi poszukujących prawdy, która objawia się w scientia crucis, w mądrości krzyża. Beatyfikowana w 1987r. Została kanonizowana w 1998r. Jan Paweł II ogłosił ją współpatronką Europy obok św. Katarzyny ze Sieny i św. Brygidy Szwedzkiej.a