Dzień IX – BŁ. LAURA VICUÑA

Na końcu pielgrzymiej drogi, kiedy już widzimy Jasnogórski Szczyt, kiedy wiemy, że udało się dojść: może znów, może po raz pierwszy warto zauważyć jeszcze jedno – że nie zawsze się uda. Że idąc po śladach Jezusa, dając dowody miłości Boga i bliźniego, przyjdzie nam stanąć wobec porażki. Bo może jeszcze dzisiaj wieczorem żebrający o chleb nieopodal Klasztoru otrzymawszy go – wyrzuci do śmieci, a podróżny w pociągu powrotnym ukradnie ci pieniądze, a napomniany roześmieje się tobie w twarz. To nie będzie żadna tragedia. To się zdarza. Mamy wtedy ten ostatni krok, ostatnią szansę bycia miłosiernym mimo wszystko – modlitwę. „Módlcie się za tych, którzy was prześladują” – tak mówił Jezus. Modlitwa jest tym, co chroni nas przed odwetem, powstrzymuje od popełnienia głupstwa w odruchu zemsty. Przykładem żarliwej i ofiarnej modlitwy jest dzisiejsza patronka… Laura Vicuña (1891-1904), święta dwunastolatka.

            Urodziła się w Santiago de Chile, ale rodzina z powodu prześladowań politycznych musiał się schronić za argentyńską granicą. Gdy ojciec zmarł przedwcześnie, matka pozostała bez jakiegokolwiek oparcia na obcej ziemi. W końcu oddała się w opiekę bogatemu właścicielowi ziemskiemu don Manuelowi Morze, znanemu gwałtownikowi szukającemu zwady, hazardziście przechwalającemu się końmi i kobietami przed przyjaciółmi. Zwany był „złym gauczo”. Pasterzy i kobiety traktował jak niewolników. Wyrzucił z domu ostatnią kochankę, a przedtem napiętnował ją rozpalonym żelazem używanym do naznaczania zwierząt. Wrzeszczał na nią: „Wszyscy będą wiedzieli, że jesteś moja”. Dona Mercedes, młoda jeszcze i subtelniejsza od kobiet, które miał na co dzień, była jego kolejnym kaprysem.

            Zaproponował jej gościnę w swojej estancii, a nieszczęsna przyjęła ją, częściowo z perwersyjnej fascynacji awanturnikiem, a częściowo po to, aby zapewnić dach nad głową i edukację córkom w kolegium sióstr salezjanek, a don Manuel chętnie się zgodził płacić rocznie trzydzieści pesos, żeby zatrzymać kobietę, bo też suma nie była dla niego problemem. Nieraz tyle zostawiał na stoliku karcianym. Laura w kolegium wyrastała na dobrą i pilną dziewczynę, ujawniając silny i łagodny charakter. Umiała milczeć, kiedy trzeba było, chętnie okazywała posłuszeństwo, wobec koleżanek była chętna do usług i szczodra, łatwo wybaczała.

Bolesne było jej dorastanie wewnętrzne, które doprowadziło ją do zrozumienia sytuacji biednej matki. Pewnego dnia, kiedy siostry opowiadały dziewczynkom o pięknie chrześcijańskiego małżeństwa, Laurze otwarły się wewnętrzne oczy i pojęła, w jaką ruinę popadła jej matka, gubiąc własną duszę w staraniach o zapewnienie ziemskiego bytu córkom. Dziewczynka tak cierpiała, że straciła przytomność na lekcji. Nagle zrozumiała, skąd się biorą pieniądze na jej utrzymanie, od kogo są liczne prezenty, które mama nosi, zwłaszcza perfumy i kosmetyki, które ona sama rozdawała koleżankom, oraz skąd ostentacyjna elegancja matki odwiedzającej szkołę w jedwabnej mantyli. Podczas pierwszych letnich wakacji, które w Argentynie zaczynały się 1 stycznia, Laura musiała wrócić na farmę, a świadomość realiów dręczyła ją jeszcze bardziej. Czuła obecność tego wielkiego i zamożnego domostwa, które wzbudzało w niej lęk. Zrozumiała, dlaczego modlitwa nie była mile widziana, a mama każe dziewczynkom ukrywać ją przed Morą. Zrozumiała, co miał na myśli don Manuel, kiedy krzyczał: „Nie chcę w domu cnotek”. Zrozumiała, dlaczego matka nie chce się już modlić ze swoimi córkami, jak gdyby wstydziła się, że została kochanką zawadiaki.

Kiedy Laura mogła wrócić do „swego raju” – ubogiej szkółki – zakonnice zauważyły, że mała nosi w sobie jakieś nieuleczalne cierpienie. Miała jednak też pewien cel do osiągnięcia i kierowała ku niemu całą swą dziecinną nadzieję. Była to nadzieja, tak intensywna, że siostry dopuściły dziewczynkę do pierwszej komunii świętej, chociaż miała dopiero dziesięć lat. Tak później opowiadał: „Kiedy dziewczynka dowiedziała się radosnej i upragnionej nowiny, spochmurniała i zapłakała. – Płaczesz, Laura? – zapytała z uczuciem dyrektorka. – Nie jesteś zadowolona? – Ach, jestem zadowolona – wybełkotała mała, wycierając z policzków ogromne łzy – ale myślę o mamie. Biedna mama.” Od pewnego czasu rozumiała, że doña Mercedes nie przystępuje już do sakramentów i spodziewała się kolejnej rany tego wielkiego dnia, kiedy matka nie będzie mogła przystąpić do komunii z córką. Dlatego mała spotkała się z Jezusem po raz pierwszy, a matka na uboczu cierpiała ze spuszczoną głową i dziwnym napięciu w oczach i sercu. Od tego dnia z prostej, dobrej i pilnej uczennicy Laura stała się dziewczynką dążącą do świętości. Wyczuwała chyba, że zmierza ku decydującym doświadczeniom.

            Z końcem 1901 roku przyszły „straszne wakacje”, które wedle zwyczaju miała spędzić z rodziną. Sytuacja Mercedes stała się jeszcze trudniejsza. Nie dość, że don Manuel nie miał najmniejszego zamiaru jej poślubić i nieraz ją maltretował, żeby przypomnieć jej, kim jest, ale też mówiono, że płaci za wikt i mieszkanie dziewczynek u sióstr, żeby sobie sprawić młodszą kochankę. Laura dorosła i wypiękniała. Chociaż jeszcze nie skończyła jedenastu lat, gospodarz się spieszył. Szukał pretekstu, żeby zostać z dziewczynką sam na sam. Kiedy przyszedł dzień wielkiego święta strzyży i piętnowania owiec, don Manuel chciał tańczyć z Laurą, licząc na spontaniczność dziewczynki i własne umiejętności uwodziciela. Odmówiła i to kilkakrotnie tego wieczoru. Mora, zirytowany chciał, żeby matka zmusiła córkę do zgody. Nic nie uzyskał, więc kazał przywiązać matkę do pala, do którego przywiązywał swoją klacz, i wychłostał ją. Laurze serce się krajało, gdy widziała, jak bardzo zniewolona jest jej matka. Potem ją też pochwycono i wyrzucono na ziąb andyjskiej nocy. Spędziła ją w psiej budzie z przerażeniem w sercu. Do kolegium wróciła już jako „uboga”, bo pan odmówił zapłacenia za nią. Laura postanowiła wtedy dosłownie ofiarować życie zgodnie z tą ścisłą logiką, do której tylko dzieci czasem są zdolne i tylko Bóg potrafi ją pojąć.

            To się wydarzyło w kwietniu 1902 roku, kilka miesięcy po straszliwej nocy, o której była mowa. W kościele kapłan czytał przypowieść o Dobrym Pasterzu, a Laura uważnie wysłuchała słów Jezusa: „Dobry Pasterz oddaje życie za owce swoje”. Z pewnością nie myślała, że to ona jest miłosiernym pasterzem albo że jej matka zbłąkaną owcą, ale jej logiczna konkluzja była równie nieuchronna. Jej rolą było oddać życie za matkę. Pobiegła do spowiednika poprosić o zgodę na ofiarowanie Najświętszemu Sercu życia za matkę. Otrzymała zgodę, upadła przed tabernakulum i dokonała aktu ofiarowania. Potem żyła w pokoju, ale dbała o ofiarowanie Jezusowi i Maryi całej tkliwości, do jakiej była zdolna. Z troskliwą miłością odnosiła się do młodszych koleżanek i pomagała im w różnych sprawach, nauczycielkom była bardzo posłuszna i pokorna wobec wszystkich.

            O tym, że dziewczynka miała wewnętrzne przeżycia mistyczne, opowie później dyrektorka szkoły, która w toku procesu kanonizacyjnego zrelacjonuje te „naiwne wypowiedzi” Laury: „Wydaje mi się, że sam Bóg pilnuje, żebym pamiętała o Jego Boskiej Obecności, bo cokolwiek robię i gdziekolwiek jestem, czuję jak On ze mną idzie jak dobry ojciec, pomaga mi i pociesza mnie”. Nie jest podobne do zwykłych wypowiedzi dziesięciolatki zwierzenie opowiedziane później przez jej spowiednika: „Dla mnie modlitwa i praca – to jedno i to samo. Tym samym jest praca i zabawa, modlitwa i sen. Kiedy robię to, co mi każą, robię to, co Bóg chce. To jest moja najlepsza modlitwa”. 24 maja 1903r. W święto Najświętszej Panny Maryi Wspomożycielki Wiernych dziewczynki miały przedstawić żywy obraz, a Laura miała odczytać własny utwór – wszystkich obecnych to wzruszyło – i umieszczono ją koło figury Matki Boskiej. Matka na placu przyglądała się religijnemu przedstawieniu. Schodząc z podestu, dziewczynka zwierzyła się nauczycielce: „Kiedy opierałam głowę o rękę niebieskiej Matki, odnowiłam jeszcze żarliwiej ofiarę z mojego życia. Zrobiłam to, bo patrzyłam na moją biedną mamę, która stała naprzeciw mnie. Serce mi mówi, że będę wysłuchana, zobaczy siostra”.

            16 lipca 1903 była w pełni bardzo zimna i deszczowa zima. Kolegium nawiedzone zostało straszną powodzią, a dziewczęta udało się ewakuować na przypadkowej łodzi. Zdrowie Laury od pewnego czasu już szwankowało. Dramatyczna przygoda przyprawiła ją o ból w piersiach, który odtąd się wzmagał. Stan jej zdrowia beznadziejnie się pogarszał, ale ona wszystkich zadziwiała swoim spokojem. Jeżeli ktoś ją pytał, niezmiennie odpowiadała: „Już mi trochę lepiej, dzięki”. Ale jej strzelisty akt był wciąż ten sam: „Najświętsza Panno z góry Karmel, weź mnie do nieba!”. Wyglądało na to, że oczekuje spełnienia jakiejś obietnicy. Ze względu na poważny stan zdrowia, trzeba ją było odwieźć na farmę, gdzie don Manuel Mora przyjął ją chłodno, z niejaką ironią. Po kilku miesiącach stan Laury pogorszył się tak bardzo, że Mercedes postanowiła uwolnić ją od znienawidzonej hacjendy i urządzić skromniutki, dwuizbowy domek ze słomy i gliny nieopodal ukochanego kolegium. W ten sposób Laura mogła od czasu do czasu zachodzić do szkoły, żeby ukończyć klasę i odnowić kontakt z najbliższymi koleżankami. Mora się zgodził. Burza wybuchła w styczniu 1904 roku z początkiem letnich wakacji. Wpadł wściekły do nędznej lepianki, żeby wywlec „swoje kobiety” i tymczasem tam przenocować. Laura w gorączce podniosła się z mizernego posłania, drżąc z zimna w nędznej koszulce, i powiedziała nieustraszenie: „Jeżeli on zostanie, ja idę do kolegium”. I powlokła się. Butne panisko rzuciło się na bezbronną dziewczynkę, okładając ją pięściami, znieważając i szarpiąc za włosy. Dopiero interwencja wieśniaków wyrwała ją z jego rąk. Dla Laury było to dobijające. Wszyscy czuli, że teraz umrze lada dzień.

            22 stycznia otrzymała namaszczenie chorych. Potem poprosiła o ostatnią sekretną rozmowę ze spowiednikiem. Musiała go poprosić o specjalne pozwolenie. W obecności kapłana mała postanowiła wyjawić matce swoją bolesną tajemnicę: „Mamo, umieram. Sama o to prosiłam Jezusa. Już prawie dwa lata temu ofiarowałam Mu życie za ciebie, za twoje nawrócenie, abyś do Niego wróciła. Czy podarujesz mi tę radość, że przed śmiercią zobaczę cię skruszoną?”. Matka uklękła z płaczem obok łóżka córki. Do głębi duszy wraziło się w nią to zwierzenie, chociaż się już wszystkiego domyślała. Zdołała wydobyć z siebie tylko tyle: „Przysięgam ci, że zrobię o co prosisz. Żałuję, a Bóg jest świadkiem mojego przyrzeczenia”. Dotrzyma go, opierając się przez lata wszelkim naciskom i prześladowaniom ze strony Mory, i z czasem odbuduje przykładne życie.

Gdy dzwon wzywał do wieczornej modlitwy na Anioł Pański 22 stycznia 1904 roku, Laura świadoma, że swej misji dopełniła, okrywszy pocałunkami krucyfiks, oddała ducha zdążywszy jeszcze wyszeptać: „Dzięki, o Jezu, dzięki, Maryjo! Umieram szczęśliwa”. Nadbiegły koleżanki. Przybiegli ludzie z okolicy. Wszyscy mówili: „Umarła mała święta”. Na pogrzebie widzieli, że matka skruszona i drżąca, przystąpiła do sakramentu i zrozumieli. Kto tylko znał nieszczęścia przeżyte przez dziewczynkę, obwoływał ją dziewicą i męczennicą. A matka wspominając, czego doświadczyć musiała córka, przytakiwała ze łzami: „Tak, dziewica i męczennica: za mnie”.

(Biografia pochodzi z książeczki „Święci w miłosierdziu” wydanej na Jubileusz Miłosierdzia przez Papieską Radę ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji.)