Dzień VII – ŚW. DOMINIK Z CALERUEGI

            Chciałoby się dzisiaj za Janem Pawłem II powiedzieć: „Czyż Chrystus tego nie chce, czy Duch Święty tego nie rozrządza”, że w roku Jubileuszu 800-lecia Zakonu Dominikanów, możemy przeżywać podczas pielgrzymki wspomnienie św. Dominika? Że zgodnie z dewizą Zakonu Kaznodziejskiego („Laudare, benedicere…”) my również tego tematu dzisiaj dotykamy?

Święty Dominik nie pozostawił po sobie żadnych pism. Wszystko, co dotarło do naszych czasów pochodzi z ust jego braci i sióstr, którzy zapamiętali go jako człowieka wielkiego serca i szerokich horyzontów, przepełnionego współczuciem dla biedy, z którą się stykał, rozpalonego gorliwością głoszenia Ewangelii aż po krańce ziemi. Cechował go niebywały temperament, kipiąca gorliwość idąca w parze ze zmysłem organizacyjnym i wytrwałym poszukiwaniem Prawdy.

Dominik urodził się ok. 1170 roku w hiszpańskim mieście Calaruega. Jego ojciec, Feliks, był możnym właścicielem ziemskim; matka, Joanna d’Aza, zajmowała się dziełami miłosierdzia, wspierając ubogich. Mówi się, że w czasie ciąży Joanna miała widzenie we śnie: dziecko, które nosiła w łonie ukazało się jej w postaci małego pieska, trzymającego w pyszczku zapaloną pochodnię, która miała podpalić świat. Surowe wychowanie otrzymane od rodziców przyniosło obfite owoce. Również bracia Dominika, Antoni i Manes, będą później prowadzić święte życie: jeden jako kanonik regularny, drugi jako brat kaznodzieja.

W wieku 6-7 lat został oddany wujowi kapłanowi, który zobowiązał się nauczyć go czytać i pisać, ćwicząc go na Psałterzu. W wieku piętnastu lat rozpoczął studia nauk wyzwolonych i teologii w szkole katedralnej w Palencii. Wyróżniał się tam głęboką pobożnością, która skłoniła go nawet w czasie klęski głodu do sprzedania książek i kilku cennych pergaminów, jakie posiadał, aby przyjść z pomocą potrzebującym. „Nie chcę – powiada – studiować na martwych skórach, gdy ludzie umierają z głodu”. Jego biograf i współbrat Bartłomiej z Trydentu poświadcza, że aż dwanaście razy Dominik próbował dobrowolnie oddać się jako niewolnik Saracenom, aby zebrać środki potrzebne na uwolnienie innych uwięzionych chrześcijan.

Wyświęcony na kapłana w 1195 r., Dominik wstępuje do Zgromadzenia Kanoników Regularnych przy katedrze w Osmie, założonego przez tamtejszego biskupa. Była to wspólnota duchowieństwa, którego życie częściowo przypominało życie mnichów: żyli wspólnie kierując się regułą, spotykali się na modlitwie. Oprócz jednak kontemplacji podejmowali również dzieła apostolskie i misyjne. W ciszy klasztoru Dominik spędza kilka lat.

Biskup Diego z Azevedo zaproponował mu w 1203 roku, by udał się z nim z misją dyplomatyczną, jaka została mu powierzona w Danii przez króla Kastylii, Alfonsa VIII. Chodziło o przejęcie i przewiezienie księżniczki duńskiej, narzeczonej księcia Ferdynanda. Podczas tej podróży, przemierzając Langwedocję, duchowni byli zaskoczeni i zaniepokojeni widokiem szarzącej się w tym kraju herezji katarów, która oddalała ludzi od Kościoła i podważała zaufanie do kapłanów, uważanych za złych chrześcijan. [Heretycy wierzyli w dwóch bogów: dobrego i złego. Tego pierwszego uważali za stwórcę dusz. Od drugiego – ich zdaniem – miało się wywodzić wszelkie ciało. Katarzy byli przekonani, że na świecie toczy się nieustanna walka dobra ze złem, a jej wynik nie jest przesądzony].

Podróż ta zmieniła na zawsze życie obu przyjaciół. Wymownym przykładem tego, jakie wrażenie wywarła ta nowa rzeczywistość na dwóch wędrowcach, jest słynny epizod z oberżystą, opowiedziany przez Jordana: „Tejże nocy, którą spędzali w Tuluzie, Dominik mocno i żarliwie zaatakował oberżystę zajazdu, heretyka, mnożąc dyskusje i argumenty mające go przekonać. Heretyk nie zdołał się oprzeć mądrości i duchowi, które były tak bardzo widoczne: dzięki interwencji Ducha Bożego, Dominik przywiódł go do wiary”. Po owej pamiętnej nocy poselstwo dociera do Danii, a po pomyślnym wypełnieniu misji powraca do Hiszpanii, aby zaraz znowu wyruszyć po księżniczkę. Niestety, gdy przybywają narzeczona już nie żyje. Był to ciężki cios dla ambasady. Klęska? Ale pełna nowego życia! Bóg rzeczywiście powoływał Diego i Dominika do rozpoczęcia nowej ewangelizacji na obcej ziemi; z czasem miała ona rozciągnąć się na cały świat. Wędrowanie z dala od znanych punktów odniesienia otworzyło im oczy duszy. Nigdy później już nie byli tacy sami. Dwie podróże dyplomatyczne (1203 i 1205) dla obydwu miały skutki „powołaniowe” – ale bynajmniej nie do dyplomacji powołanie odkryli!

Diego i Dominik nie wracają już do Hiszpanii. Idą do Rzymu, aby prosić papieża Innocentego III, by pozwolił im opuścić Osmę i pójść głosić Ewangelię Kumanom, dalekiemu ludowi na krańcach Europy, o których usłyszeli w Danii. Papież nie zgadza się. Inny rodzaj Kumanów niepokoi go bardziej, niż dalecy barbarzyńcy, a są nimi waldensi i albigensi w południowej Francji i północnej Italii. Dominik podejmuje to wyzwanie, ale przez całe życie nie zgaśnie w nim nostalgia za dalekimi misjami.

Dominik w czasie swoich podróży zobaczył ogromną niedolę Kościoła: mnichów zabarykadowanych w swych klasztorach, biskupów leniwych lub podejrzanych, uwikłanych w procesy i intrygi, kler pogrążony w ciemnocie. Fałszywą odpowiedzią na kryzys Kościoła były rodzące się ruchy heretyckie waldensów i albigensów, nazywanych katarami. Potępiają oni wszelkie przejawy bogactwa (stąd szerzone przez nich heroiczne ubóstwo) i cielesności (praktykowanie surowych umartwień) zgodnie z dualistyczną filozofią deprecjonującą wszystko, co materialne. Powodzenie katarów jest wprost niesłychane. Nowa religia – jak ją nazywają niektórzy – dosięga wszystkich klas społeczeństwa. Od ponad trzydziestu lat papieże prowadzą tę samą strategię walki z herezją: posyłają coraz to nowe misje, książętom grożą ekskomuniką i interdyktem za udzielanie pomocy heretykom. Innocenty III przez dziesięć lat umacnia tę samą politykę. Mobilizuje cystersów jako swoich legatów, dając im pełną władzę, by sądzić, karać winne duchowieństwo, ekskomunikować, zsyłać na wygnanie katarskich wielmożów, konfiskować ich dobra. Wszystko na próżno.

Taką sytuację zastał Diego i Dominik. Wracając z Rzymu zatrzymali się w Montpellier. Dwunastu opatów z zakonu cystersów i kilku duchownych delegowanych przez Innocentego III radziło tam właśnie nad sposobem zwalczenia herezji albigensów. Diego napełniony Duchem Bożym rzekł do nich: „Moi ojcowie, jeśli chcecie nawrócić ku prawdzie te zbłąkane umysły, zacznijcie od dania im dobrego przykładu. Porzućmy zbytek naszych orszaków i pieszo, ubodzy, jak nasz Zbawiciel, głośmy prawdziwą naukę Ewangelii”. Również Dominik wiedział doskonale, że podejmowane dotąd środki nie przyczynią się do nawrócenia heretyków. Dlatego nowa misja wyrusza w ubóstwie, zaopatrzona jedynie w mądrość Bożą. Wędrują oni z miejscowości do miejscowości, organizując dysputy i wygłaszają mowy. Solidne studia i rzetelna wiedza, zdobyta wcześniej przez Dominika, pozwala mu wchodzić w dialog z uczonymi niejednokrotnie katarami, którzy umieją prowadzić dyskusje, wysuwają uzasadnione argumenty przeciw duchowieństwu i sprawnie żonglują argumentami z Pisma św.

Za przyczyną nowej misji Bóg dokonuje pierwszych nawróceń. Wśród nich są również młode kobiety, które po powrocie do wiary spotykały się z prześladowaniem otoczenia. Dominik wraz ze swym towarzyszem gromadzi kilka z nich w Prouille. Tak powstaje pierwszy klasztor mniszek dominikańskich. Prowadziły one życie zakonne, śpiewając oficjum i oddając się pracy ręcznej. Ta wspólnota mogła przyjmować nowe konwertytki i stanowiła punkt oparcia dla ekipy misjonarzy. W ciągu lat, które nadejdą, Prouille stanie się dla Dominika oazą. Wracając po męczących wyprawach kaznodziejskich, w chwilach ciężkiej samotności, tam znajdował dom rodzinny, gdzie mógł odświeżyć siły, znaleźć oparcie w modlitwie.

 

W lecie 1207 roku biskup Osmy powraca do Hiszpanii wzywany przez swoją diecezję. Tam też wkrótce umiera. Cystersi, którzy byli członkami misji, zmęczeni trudami wyprawy i zniechęceni niewielkimi jej owocami, walczą z pokusą powrotu do starych środków ewangelizacji. Dominik zostaje sam. Nie zniechęca się. W ubóstwie, zbrojny w moc Słowa Bożego wędruje, głosząc kazania. Po wiejskich drogach idzie boso, buty wkłada dopiero po wejściu do miasta. Ma z sobą jedynie ukochaną Ewangelię św. Mateusza i listy Pawłowe.

W 1215 roku Dominik ma 45 lat. Czego dotąd dokonał? Gdzie jest skuteczność ewangelicznych środków, które z taką determinacją zalecał? Owoce ewangelizacji w nowej formie są mizerne. Nie ma masowych nawróceń, a herezja zatacza coraz szersze kręgi. Dominik wraz z kilkoma towarzyszami przebywa w tym czasie w Tuluzie. Tutejszy biskup, Fulko bierze ich pod swoją bezpośrednią opiekę. Mają stać się wędrownymi kaznodziejami w jego diecezji. Dominik, zanim wyruszy z misją, decyduje się na gest absolutnie niebywały w tej epoce: prowadzi swych braci do szkoły, powierzając pogłębienie ich edukacji znanemu mistrzowi, którego z Anglii sprowadził dla nich biskup. Następnie, w towarzystwie Fulka, Dominik udaje się do Rzymu, aby przedstawić papieżowi swój pomysł Zakonu Kaznodziejskiego. Niestety odbywający się właśnie IV Sobór Lateraneński wydaje zakaz tworzenia nowych wspólnot. Papież odmawia. Następnej nocy Innocenty III zobaczył we śnie Bazylikę Laterańską zachwianą w posadach i grożącą zawaleniem. Spodziewając się, że gmach runie, ujrzał św. Dominika podtrzymującego go swymi ramionami. Papież zrozumiał naukę zawartą w tym widzeniu. Przywołał Męża Bożego, zatwierdził jego projekt i nakazał mu powrócić do Tuluzy, aby wraz z towarzyszami wybrać jedną z reguł zakonnych, już aprobowanych przez Kościół.

Dominik wraca do Tuluzy. Podczas jego nieobecności liczba towarzyszy powiększyła się dwukrotnie. Jest ich teraz szesnastu. Po Wielkanocy, 1216 roku zbierają się wspólnie, aby zadecydować jaką wybrać regułę. Nie było żadnego wahania. Wybrano tę, która była dostatecznie elastyczna, aby dopuścić nowe ustawy, mówiące zwłaszcza o ubóstwie żebrzącym, studium, kaznodziejstwie; regułę, jakby stworzoną dla kapłanów, tę, którą Dominik już praktykował w Osmie – regułę św. Augustyna. Dodają do niej jednakże wszystko, co uważają za piękne, surowe i mądre z konstytucji premonstratensów. Przyjmują więc śpiewanie mszy św. i oficjum w ustalonych godzinach. Dodają również i to, czego nie można znaleźć gdzie indziej: „dniem i nocą w konwencie czy w podróży, bracia oddawać się będą studium, zajmować się czytaniem lub rozmyślaniem”. Studium i kontemplacji sprzyjać ma zakonne milczenie. „Oficjum odprawiane będzie bez powolności, raźno, w taki sposób, by godziny studium nie doznały uszczerbku, a gdy przyjdzie na to czas, z zapałem oddadzą się kaznodziejstwu”. Wreszcie przełożony będzie miał prawo dyspensować swych braci co jakiś czas z części oficjum lub z jakiejś praktyki pokutnej, by mogli lepiej przygotować kazania.

Dominik spieszy do Rzymu, aby zatwierdzić nowe pomysły. Niestety Innocenty III umiera. Bóg jednak uspokoił obawy swego sługi. Zanim bowiem Dominik przedstawił swoją prośbę Honoriuszowi III, następcy Innocentego, miał widzenie, w którym ujrzał zagniewane Oblicze Syna Bożego, gotowego spiorunować świat. Matka Jego rzuciła Mu się do nóg i obejmując je błagała, by oszczędził dusze, za które tyle wycierpiał: „Mam – rzekła doń – dwóch wiernych sług, których poślesz, aby opowiadali Twoją naukę” – i przedstawiła Jezusowi, dwóch mężów: w jednym z nich Dominik poznał siebie samego, drugi zaś był mu nieznany.

Nazajutrz, gdy święty modlił się w Bazylice św. Piotra, ujrzał ubogiego, w nędznym odzieniu przepasanym sznurem; był to ów nieznajomy z widzenia. Dominik podbiegł do niego i przycisnął do serca mówiąc: „Ty będziesz mi towarzyszem, biegnąc przy moim boku! Trzymajmy się razem, a nikt nas nie przemoże”. Ubogim tym był Franciszek z Asyżu. Oni dwaj odnowili Kościół: jeden – śpiewając, drugi – ucząc. A obaj – miłując.

22 grudnia 1216 roku papież Honoriusz III wydaje bullę zatwierdzającą Zakon. W miesiąc później druga bulla obdarza braci tytułem kaznodziejów i zachęca ich, by z mocą głosili słowo Boże, nie lękając się prześladowań. Bóg chciał również bezpośrednio potwierdzić założenie tego apostolskiego Zakonu. Pewnego dnia, gdy św. Dominik modlił się w Bazylice św. Piotra, wpadł w zachwycenie i ujrzał przed sobą świętych Piotra i Pawła.

Piotr podał mu laskę, Paweł księgę i obaj rzekli: „Idź i głoś! Zostałeś wybrany przez Boga na to posłannictwo!” Wtedy przed oczyma Dominika przesunął się cały świat. Ujrzał swoich synów, rozproszonych wśród narodów, idących, głosząc słowo Boże. Zakon Jego był założony.

Dominik wraca do Tuluzy i podejmuje szaloną decyzję. Wbrew powszechnej opozycji rozsyła dopiero co zgromadzonych braci: siedmiu do Paryża, czterech do Madrytu, dwóch do Prouille, dwóch zostaje w Tuluzie. On sam odchodzi z jednym bratem, aby udać się do Rzymu: „Nie lękajcie się – mówi do jednych – wszystko będzie dobrze”. A do drugich: „Nie stawiajcie mi sprzeciwu! Wiem, co robię”. Wiedział doskonale, że „ziarno zgromadzone w jednym miejscu butwieje, a rozsiane wydaje plon”. Z misjonarzy diecezjalnych bracia św. Dominika stają się misjonarzami świata. Wysyła ich z określonym programem: „Posyłam was, aby studiować, nauczać i zakładać konwenty”.

Począwszy od tej chwili, Dominik przemierza drogi Europy by rozsadzać po niej swój Zakon i siać Słowo. Zawsze idzie pieszo, najczęściej boso, przemierzając średnio 50 kilometrów dziennie. Wyczerpany chroniczną choroba jelit, której ostre ataki wraz z napadami gorączki odbierają mu siły, zmęczony nie zważa na trudy podróży. Siostra Cecylia zapamiętała go jako mężczyznę średniego wzrostu, szczupłego, o pięknej twarzy, jasnych, prawie rudych włosach i brodzie z lekko rumianą cerę. Z czoła i brwi wychodził jakiś blask, których wszystkich nakłaniał do miłości i czci. Przez wszystkich był kochany, ponieważ wszystkich kochał.

Zawsze był uśmiechnięty i wesoły, chyba że się wzruszał współczuciem nad spotkaną niedolą. Ręce miał smukłe i piękne. Głos silny i dźwięczny. Nigdy nie był łysy, ale wśród rudych włosów z rzadka pojawiały się srebrne nitki. W ślad jego kroków od razu powstają konwenty. Gdy odwiedza swych braci, zwołuje ich zaraz po przybyciu, napomina gorąco. Potem omawia z przełożonym sprawy zgromadzenia. Gdy bracia usną, bez końca przeciąga modlitwy, płacząc i pytając Jezusa: „Co będzie z grzesznikami?” Twardy dla siebie, znosi cierpliwie wszelkie braki.

W tym czasie na terenie Europy konwenty dominikańskie powstają jak grzyby po deszczu. W miarę rozrastania się Zakonu, coraz bardziej paląca staje się potrzeba prawnego uregulowania Konstytucji. W maju 1220 roku, w Bolonii zbiera się pierwsza Kapituła Generalna pod przewodnictwem św. Dominika. Podczas obrad zostają wypracowane Ustawy Braci Kaznodziejów, które zapewnią egzystencję Zakonu jednej linii, bez podziałów, aż do naszych czasów. Po skończeniu kapituły, Dominik znowu wyrusza w podróż misyjną. Przechodzi przez Mediolan, Piacenzę, Modenę, Weronę, Bolonię, trafiając do Wiecznego Miasta.

W Rzymie, u Papieża Honoriusza III doznał św. Dominik najlepszego przyjęcia. Jako tymczasowe miejsce zatrzymania otrzymał klasztor św. Sykstusa, w którym po upływie trzech czy czterech miesięcy, zgromadził ponad stu zakonników. Podczas pobytu w Rzymie, Honoriusz III podarował Dominikowi swój pałac na Awentynie, położony nieopodal kościoła św. Sabiny. Tam więc przenieśli się bracia, aby pozostawić klasztor św. Sykstusa siostrom, które Założyciel postanowił tam zebrać.

Przed śmiercią Dominik przyjął do zakonu i nałożył habit św. Jackowi i bł. Czesławowi, pierwszym polskim dominikanom. Wysłał też swoich synów do Anglii, Niemiec i na Węgry.

Dominik odbywał częste podróże, głosząc Ewangelię i organizując wykłady z teologii. Prowadził pracę misyjną na północy Włoch. Wyczerpany pracą w prymitywnych warunkach, wrócił do Bolonii. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Oto moja spuścizna: miejcie miłość, zachowujcie pokorę, pielęgnujcie dobrowolne ubóstwo. Miłosierdzie Boże zachowało moje ciało w nieskażonej czystości, jednakże nie uniknąłem tej niedoskonałości, wyznaję, że milej mi było rozmawiać z młodymi dziewczętami, niż ze starymi niewiastami”. Zmarł w święto Przemienienia Pańskiego w 1221 roku w Bolonii. Papież Grzegorz IX kanonizował Dominika w 1234 roku.