Dzień VI – ŚW. KAMIL DE LELLIS

Potrzebujemy na tegorocznej pielgrzymce takiego patrona, który nie tylko nauczy nas, jak chorych nawiedzać, jak się nimi opiekować, ale udowodni, że nie wolno stawiać granic Duchowi Świętemu! Bez względu na nasze pochodzenie, upadki… Miłosierdzie jest większe od naszej słabości!!!

Ludzie już postawili krzyżyk na Kamilu de Lellis i chyba tylko Bóg nie spisał go na straty. No bo czegóż można było się spodziewać po rubasznym żołdaku, skorym do bitki, który stracił cały majątek rodzinny, grając w karty i kości, który kilka lat spędził w kwaterach wojskowych, gdzie pobiera się wykształcenia dalekie od uniwersyteckiego? Ale dusza Kamila tęskniła do Boga i pewnego dnia zakołatał on do furty klasztoru kapucynów w Fermo.

Jednak po paru dniach jego awanturniczej naturze zabrakło mocnych wrażeń, których nie gwarantował kapucyński habit. W dodatku Kamilowi dokuczała rana na prawej nodze, wrzód, którego natury nie udało się lekarzom wyjaśnić. Opuścił więc kapucynów i wszystko wskazywało na to, że wróci do dawnego życia. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że ten utykający ponaddwumetrowy olbrzym odchodzący od klasztoru kapucynów zostanie kiedyś świętym, zostałby uznany za szaleńca. Jednak niezbadane są drogi Boże.

Ta Boża droga zawiodła najpierw Kamila do szpitala św. Jakuba w Rzymie. Tutaj wrzód goi się nadspodziewanie szybko, tak że Kamil najmuje się nawet do posługi chorym. Cóż z tego, skoro nałóg hazardu znowu sprowadza go na manowce. Kamil rżnie w karty z chorymi i innymi posługaczami, używając wszystkich wyuczonych szulerskich sztuczek.

Na nic zdają się upomnienia dyrektora szpitala. Wreszcie, mimo niezagojonej rany, Kamil zostaje wydalony. Nie przejmuje się tym specjalnie i ponownie zaciąga się do wojska weneckiego, aby bić niewiernych Turków. Kilkakrotnie przegrywa w karty wszystkie pieniądze. Kiedy w drodze do Neapolu okręt, którym płynie, wpada w straszliwą burzę, Kamil ślubuje, że jeśli uda mu się uratować, zostanie kapucynem. Jednak gdy sztorm ucicha i załoga z Kamilem bezpiecznie ląduje, on zapomina o ślubie.

Wzdłuż wybrzeży Adriatyku wędruje dwóch osobliwych piechurów – Tyberiusz Da Siena i Kamil de Lellis. Młode chłopy na schwał, o twarzach zdradzających szlachetne urodzenie, ale są to życiowi rozbitkowie. Nie mają grosza przy duszy, bo wszystko przegrali w karty w Palermo i Neapolu. Głód im dokucza coraz bardziej, przeto sprzedają swoje odzienie. Wreszcie z jako tako wartościowych rzeczy zostaje im płaszcz Tyberiusza, który wymieniają w końcu na garść fasoli.

Gdy docierają do Manfredonii, decydują się żebrać pod kościołem św. Dominika. Taki osiłek o barach Herkulesa, jakim był Kamil, nie mógł pozostać niezauważony. Ktoś życzliwy poradził dwójce kompanów, aby zatrudnili się przy budowie klasztoru kapucynów. Hulaka Tyberiusz wyśmiał tę propozycję, licząc na to, że w końcu znajdzie mniej męczące zajęcie, jednak jego towarzysz zdecydował się zapukać do furty klasztornej, tym bardziej, że przypomniał sobie złożony nie tak dawno ślub.

 

Kamil wozi teraz na osłach materiały murarskie, ale coraz bardziej pociąga go życie zakonne. Zrywa z hazardem, pokutuje za dawne grzechy, noce spędza na modlitwie, biczuje się, nosi włosienicę.

W końcu prosi o przyjęcie do zakonu. Zostaje bratem Krzysztofem, nazywanym przez konfratrów bratem Pokornym, ponieważ wykonuje najcięższe posługi, nigdy się nie skarżąc. Niestety, niezagojona rana daje o sobie znać. Ojciec prowincjał nakazuje Kamilowi przerwanie nowicjatu i udanie się na leczenie do znanego mu rzymskiego szpitala św. Jakuba. Brat Krzysztof protestuje, ale reguły zakonne są nieubłagane. Kamil opuszcza zakon kapucynów. Czy znowu zejdzie na manowce? Nie, stąpa już pewnie po drodze Bożej.

W szpitalu św. Jakuba spędza cztery lata. Nie tylko się leczy, ale pomaga personelowi jako wolontariusz. Nikt nie poznaje w nim dawnego posługacza, który każdą wolną chwilę spędzał na hazardzie. Nie zapomina, że jest zakonnikiem – modli się żarliwie, kontynuuje surowe umartwienia. Wreszcie, żegnany z żalem przez personel szpitala, wraca do kapucyńskiego nowicjatu. Gdy jednak rana znowu się odnawia, przełożeni są bezwzględni. W liście pożegnalnym o. Jan Maria z Tuzy wyjaśnia mu, że z tą „nieuleczalną chorobą, którą ma na nodze, nie może być nikt w naszym zakonie, gdyż nasze Konstytucje nakazują, aby tacy nie byli przyjęci do naszego zakonu”. Zanim wylejemy naszą złość na rzekomą bezduszność kapucynów, pospieszmy z wyjaśnieniem, że przełożeni podejrzewali, iż rana Kamila, dawnego żołnierza i hulaki, jest „objawem choroby francuskiej”, czyli syfilisu, którym we współczesnej Europie zarażone było 60 procent społeczeństwa. Nic dziwnego, że w liście przełożonego znalazło się słowo „tacy”.

Kamil na zawsze opuścił kapucynów. Zobaczmy w tym palec Boży. Gdyby tam pozostał, prawdopodobnie nie założyłby wspaniałego zakonu.

 

W październiku 1579 r. Kamil, z ponownie ropiejącą nogą, po raz trzeci przekracza próg szpitala św. Jakuba dla nieuleczalnie chorych. I znów pomaga personelowi. Tęskni i marzy o powrocie do kapucynów, gdy całkowicie wyleczy nogę, jednak w głębi duszy nabiera przekonania, że jego powołaniem jest służba chorym. W każdym z cierpiących widzi ukrzyżowanego Chrystusa. Z uśmiechem posługuje nawet trędowatym. Wkrótce zostaje ekonomem szpitala i przełożonym personelu. Zdaje sobie szybko sprawę z ułomności ówczesnej służby zdrowia, gdzie zamiast prawdziwej medycyny uprawia się szarlatanerię, gdzie panoszą się pasjonaci amputacji, szerzy łapówkarstwo, pielęgniarze biją chorych i zabawiają się z młodymi pacjentkami, posługacze grają w karty o rzeczy pacjentów, a księża kapelani omijają z daleka tych, których rany budzą w nich odrazę.

Kamil postanawia z tym walczyć, ale personel nie chce słyszeć o żadnych reformach. Dlatego Kamil zakłada „Towarzystwo Sług Nieuleczalnie Chorych. Pierwszy punkt regulaminu, ułożony przez niego, może po dziś dzień być drogowskazem dla wszystkich, którzy służą chorym: „Przede wszystkim, niech każdy prosi Boga o łaskę uczucia macierzyńskiego w stosunku do bliźniego, tak abyśmy umieli służyć jego duszy i ciału z wszelką miłością. Z łaską Bożą pragniemy służyć wszystkim chorym z takim uczuciem, z jakim matka kocha swego jedynego, chorego syna”.

Regułą, przedłożona papieżowi Sykstusowi V, jest rewolucyjna i tak krytyczna wobec ówczesnej sytuacji szpitalnictwa, że kurialiści watykańscy decydują się na utajnienie dokumentu. Zostaje on odnaleziony dopiero w 1937 r. w tajnych archiwach watykańskich.

Opuściwszy w 1584 r. Szpital św. Jakuba, Kamil ma wizję opieki nad chorymi zgodnej z duchem Ewangelii. Ale czuje się pokonany, Którejś nocy śni mu się Chrystus, który wyciąga ręce z krzyża i mówi: „Naprzód Kamilu, nie ustępuj! Jestem przy tobie. To jest moje dzieło!”.

Teraz Kamil już wie. W ciągu dwóch lat pokonuje drogę od półanalfabety do kapłaństwa i kończy rzymskie seminarium. Skupia wokół siebie niewielką wspólnotę takich jak on zapaleńców, którzy zamieszkują w domu przy kościele św. Magdaleny w Rzymie. Zaczyna pracę w Świętego Ducha. Dla chorych jest niczym anioł, choć trudno sobie wyobrazić anioła o tak potężnej posturze. Przez prawie 30 lat z największym poświęceniem posługuje chorym. Zabiega u papieża Grzegorza XIV o zatwierdzenie swego zakonu. Ten najpierw odmawia, ale potem, widząc heroizm kamilianów, zatwierdza ich, a przedtem mówi do założyciela: „Dobrze, drogi Kamilu, tym razem zwyciężyłeś”.

Kamil wie, co to znaczy głód. Gdy zauważył, jak brat ekonom ukrył z trudem zdobyty worek mąki na „czarną godzinę”, upomniał go, a mąkę rozdał ubogim stojącym pod drzwiami kościoła. Innym razem pewnej deszczowej nocy spotkał dwóch przemoczonych i zziębniętych biedako. Wprowadził ich do kuchni i nakarmił. Nie uszło to uwagi współtowarzyszy niedoli i wkrótce pod drzwiami stał tłum wygłodniałych łachmaniarzy. Kamil polecił pomocnikowi kucharza wydać im zupę i mięso. Na nic się zdały protesty, że jutro zakonnicy nie będą mieli nic do jedzenia. Przerażonemu kucharzowi powiedział: „Mój biedny bracie, nie trać nigdy zaufania do Boga”. Nazajutrz na talerzach zakonników pojawił się makaron z potrawką w sosie pomidorowym. To cud św. Kamila. Ale jeszcze większym jest jego dzieło.

Pod koniec życia Kamila dręczyły wspomnienia grzechów z przeszłości. Gdy odwiedził go przełożony karmelitów, Kamil błagał: „Módl się za mnie, bo byłem wielkim grzesznikiem, hazardzistą i źle się prowadziłem”. Przed śmiercią Kamil odzyskał wiarę w Łaskę Bożą. Zmarł w 1614 roku w Rzymie.